poniedziałek, 22 czerwca 2015

Rozdział 5

    Kiedy się obudziłam w pokoju panował pół mrok. Ucieszyłam się bo nie lewitowałam, jednak czułam się jakbym miała zaraz to zrobić, ale coś mnie trzymało. Loki... Kiedy odwróciłam głowę zobaczyłam naszego jelonka. Spał odkryty, a lewą ręką dotykał moich dłoni. Nie trzymał ich jakoś ciężko, tak żeby mnie przygwoździć, żebym nie zaczęła fruwać, ale lekko i delikatnie. Tyle wystarczyło. Kiedy spał był taki...spokojny. Jego czarne włosy były w nieładzie i opadały na twarz. Dopiero teraz się dowiedziałam, że kręcą mu się włosy. Nie wyglądał na kogoś kto by muchę skrzywdził, a co dopiero...zabijał ludzi.
Pomału podniosłam swoje dłonie spod jego.
- Ał...-wysyczał.
Patrzyłam na niego ze zdziwieniem. On otworzył oczy ukazując swoje cudne zielone tęczówki.
- Co się stało? -spytałam ciągle zdziwiona.
- Kopnęłaś mnie prądem...i to tal dosyć porządnie... - wymamrotał.
Usiadł się i odgarnął włosy z twarzy. Cały czas wpatrywałam się w niego.
- Przepraszam...-powiedziałam po chwili.
- Nic się nie stało... Wyspałaś się? -zmienił temat.
- Tak..dziękuję...
- A jak ręka?
- Lepiej...Loki dziękuję -powtórzyłam.
- Proszę.
Nie okazywał jakichkolwiek uczuć. Cały on. Podniosłam się z łóżka, co i on od razu uczynił. Sięgnęłam po świeże ubrania, a on wyszedł z pokoju. Założyłam jeansy i białą luźną bokserkę.
      Gdy weszłam do salonu zobaczyłam Lokiego przy blacie kuchennym. Ciągle był w samych spodniach dresowych. Nie był tak umięśniony jak Thor, ale o tak wyglądał niczego sobie.
- Co robisz? -spytałam.
- Śniadanie... -powiedział cicho.
Podeszłam bliżej. Na blacie spoczywało już kilka kanapek. Troszkę krzywych, ale doceniłam jego starania.
- Zrobić coś do picia? -zaproponowałam.
- Nie..usiądź. Ręka cię jeszcze boli -powiedział cały czas skupiając się na swojej pracy.
On się o mnie...martwił. Poczułam się wyróżniona wśród wszystkich ludzi na świecie. Uśmiechnęłam się delikatnie i usiadłam na krześle obok niego.
- Powinieneś chodzić w takich włosach -powiedziałam sięgając po jedną z kanapek.
- Ta..może. Wolę tamten rodzaj fryzury... -powiedział i nalał nam obojgu soku.
Kiedy to zrobił zajął miejsce obok mnie. Jedliśmy w ciszy. O dziwo czułam się normalnie, a nie jakbym miała odlecieć. W ostatnich dniach to wszystko się nasilało. Ciszę przerwał dzwonek mojego telefonu.
- Halo.
- Hej. Loki może już zejść, auto czeka -usłyszałam głos Nat.
- Jasne, już mu przekazuje.
- Mogę na chwilę do ciebie wstąpić?
- Pewnie -powiedziałam radośnie.
- Musisz już iść Loki...
Bez słowa wstał od blatu. Wziął swoje ubrania i poszedł do łazienki. Chwilę później był już gotowy do wyjścia.
- Do zobaczenie jelonku -pożegnałam się.
Ten zatrzymał się i odwrócił w moją stronę.
- Do zobaczenia kotku
Po tych słowach wyszedł...Kotku?! Chwilę później weszła Nat. Przeniosłam się do salonu i usiadłam na kanapie. Od razu do mnie dołączyła. Chciała mi coś powiedzieć, ale nie wiedziała zbytnio jak.
- Wal śmiało -zaczęłam.
- O co chodzi ze Stevem?
- Em..on...mnie pocałował -wymamrotałam.
Wpatrywała się we mnie. Była w szoku.
- Nasz Steve??? -zaśmiała się.
- Tsaa...
- Okay. Nie wnikam, ale z tego co widzę to chyba on cię nie kręci...
- Jest przystojny, miły i w ogóle, ale jakoś...nie, nie kręci mnie - odpowiedziałam.
- Bo ja też w innej sprawie - powiedziała już znacznie poważniej.
- Co się stało?
- Jest akcja...ktoś wykradł dość tajny i ważny plik dla T.A.R.C.Z.-y - mówiła przyciszonym głosem.
- Czego dotyczy?
- Nas...agentów. Naszego oddziału. Naszej przeszłości. Mojej, twojej i pary innych. Chodzi im tylko o te najciekawsze. Fury chce żebyśmy to odzyskali -mówiła z powagą.
- Gdzie to jest?
- Mała wyspa niedaleko Japonii. Nikt o niej nie wie...prócz nas.
- Kto leci?
- Ja, ty, Clint, Stark i....Kapitan.
Och...no cóż taka robota.
- Kiedy lecimy?
- Jutro rano...teraz musimy jechać do siedziby. Będziemy tam nocować.
- Okay...no to jedźmy... - powiedziałam i podniosłam się z kanapy.
Pocieszał mnie fakt obecności Starka. W razie czego może uda mu się powstrzymać..te moje zdolności.  Wzięłam butelkę wody z lodówki i skórzaną kurtkę. Na dole stało zaparkowane czarne auto. T.A.R.C.Z.A. nie używa innych kolorów. Wsiadłyśmy do środka, a Nat odpaliła pojazd. Jak zawsze w Nowym Jorku panował ruch na ulicy nie zależnie od pory dnia czy nocy.
- Hej...będzie dobrze -pocieszała mnie.
- Z czym?...
- Z tym czymś co masz, z Kapitanem...
- Szczerze...Steve to teraz chyba mój najmniejszy problem -odpowiedziałam.
Liczyłam na to, że Kapitan zachowa się jak prawdziwy żołnierz i nie będzie wiązał życia prywatnego z zawodowym.
      W siedzibie było dużo ludzi, jednak nie były to jakieś tłumy. Przeszłyśmy od razu do biura Fury'ego. Byłyśmy pierwsze. Chwilę później pojawił się Clint i Stark. Ostatni przyszedł Steve. Wszyscy siedzieliśmy w ciszy, a Fury nam wyjaśniał co i jak po kolei.
- Jakieś pytania? -zakończył.
- Nie -stwierdził za nas wszystkich Stark.
- Świetnie do zobaczenia o 5 rano -pożegnał się Fury.
Wyszliśmy z jego biura. Steve zniknął pierwszy. Nie chciałam żeby nasze relacje tak wyglądały. Nagle poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Tony. Pociągnął mnie delikatnie na bok. Nat i Clint cały czas nas obserwowali.
- Banner pracuje nad...serum...które może pomóc -powiedział szeptem.
- Jejku...serio? -od razu się uśmiechnęłam.
Musiał się powstrzymać żeby nie psiknąć z radości.
- Tak...ale nie mów nikomu. To jest tajne..
- Jak wszystko tutaj...
- Bądź ostrożna jutro...nie wiadomo czego oni tak naprawdę chcą -mówił z powagą.
- Spokojnie -uścisnęłam go mocno z radości co odwzajemnił.
Podeszłam z powrotem do Nat. Clinta już nie było.
- Co? -spytałam.
Cały czas patrzyła na mnie podejrzliwym wzrokiem.
- Czy ty i Stark? -spytała cicho.
Zaśmiałam się i ruszyłam przed siebie. Szybko mnie dogoniła.
- Jak mogło ci to przyjść do głowy? Przecież Stark jest z Pepper, a po za tym jest dla mnie ciutkę za start...nie uważasz?
- To Stark...a wy jesteście ze sobą dość blisko...
- Nie...nigdy! Po prostu mi pomaga. Może to dziwne, ale Tony Stark to dobry przyjaciel.
Na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech.
- Okay...chodźmy już do pokoju -stwierdziła na co przytaknęłam.
Czekała nas ciężka misja. Potrzebowałam się wyciszyć i odpocząć. Witaj przygodo...

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Rozdział 4

    Nadszedł dzień randki naszego nordyckiego bożka. Steve się nie odzywał, może i lepiej.
Szykowałam się na wieczór. Założyłam zwiewną sukienkę, ale i tak ją ściągnęłam. Stwierdziłam, że to nie ja idę na randkę. Przebrałam się w ciemne jeansy z wysokim stanem oraz białą koszulę w czarne grochy. Na nogi założyłam czarne buty na lekkiej koturnie. Ostatni raz spojrzałam w lustro. Poprawiłam włosy, które chociaż przez chwile były idealnie ułożone. Sięgnęłam po skórzaną kurtkę i wyszłam z mieszkania.
Na dole czekał już na mnie samochód. Otworzyłam tylne drzwi i weszłam do środka.
- Witaj Rose -usłyszałam męski głos obok mnie.
- Witaj Loki -odpowiedziałam.
Nie spojrzałam na niego, jednak on robił to ciągle. Przez całą drogę swój wzrok miał wbity we mnie.
       Kiedy dojechaliśmy na miejsce wyszliśmy z auta, które zaraz odjechało. Dopiero wtedy spojrzałam na Laufeyson. Miał na sobie elegancki czarny garnitur, spod którego wychodziła ciemna, zielona koszula... Oczywiście. Wyglądał świetnie.
- Ślicznie wyglądasz -powiedział.
- Dziękuję, ty też niczego sobie -odpowiedziała.
Staliśmy przy starej latarni na rogu. Mieliśmy się tam spotkać z ową kandydatką.
- Może nie przyjdzie..
Kiedy to powiedział dostałam od niej sms.
- Margaret napisała, że mamy już iść na górę, ona do nas dołączy za jakąś chwilę -odczytałam mu wiadomość.
Poszliśmy do starego budynku niedaleko latarni. Weszliśmy na sam jego szczyt. Na dachu był przygotowany stolik i para krzeseł. Wszystko było już przygotowane. Było tam bardzo romantycznie.
- Co ja mam robić?
- Bądź sobą -stwierdziłam i podeszłam bliżej krawędzi dachu.
Widok był cudowny.
- Myślisz, że ktoś jest w stanie pokochać nordyckiego boga psychopatę?
- Myślę, że to nie jesteś do końca prawdziwy ty -powiedziałam lekko się uśmiechając.
Zapanowała cisza, którą po chwili przerwał tupot wysokich szpilek. W naszym kierunku szła szczupła i wysoka dziewczyna z pięknymi blond lokami.
- Witaj Loki -powiedziała uśmiechając się ponętnie.
- Margaret -powiedział niepewnie.
- No to ten..emm..ja was zostawiam, jestem piętro niżej jak coś -szybko powiedziałam i skierowałam się w stronę wyjścia. W ostatniej chwili obróciłam się i spojrzałam na Lokiego. Wpatrywał się we mnie wzrokiem typu Błagam Cię...weź mnie stąd!
Uśmiechnęłam się szeroko i zniknęłam za drzwiami.
***
      Dlaczego mnie zostawiła?! To wszystko...to nie było dla mnie. Bycie cały czas miłym. Uśmiechanie się do siebie, słodkie żarciki...nie! Chciałem żeby jak najszybciej się to skończyło. Miałem najzwyczajniej dość tego natrętnego babska. W końcu zobaczyłem zmierzającą w naszą stronę Rose. Nie powiem, uciszyłem się.
- Moi drodzy niestety musimy już kończyć -oznajmiła.
Szybko poderwałem się z krzesła i stanąłem obok niej.
-  Och...no cóż. Było bardzo miło. Do zobaczenia Loki - powiedziałam Margaret i skierowała się do wyjścia. Odetchnąłem z ulgą.
- I jak? -spytała.
- Błagam... Nie każcie mnie w ten sposób! Powiedz, że kolejne są bardziej rozgarnięte... - powiedziałem wpatrując się w nią.
- Nie wiem...sam się przekonasz - uśmiechnęła się szeroko.
  Odetchnąłem pomału i udałem się w stronę wyjścia. Usłyszałem za sobą śmiech dziewczyny, był bardzo uroczy. Nagle poczułem jej ręce na swoich ramionach. Podskakiwała z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Moja niedola aż tak cię bawi? - otworzyłem drzwi.
- Emm..tak! Bo to zabawne. Wielki Loki, bóg nordycki szukający miłości na ziemi, a tu pfff -ewidentnie była w wspaniałym humorze.
No cóż...chociaż ona.
Zeszliśmy na dół i czekaliśmy na auto, które ma nas odebrać.
- A tak w ogóle....to co z moją mocą? -spytała trochę poważniej.
- Nie teraz....błagam. Zajmę się, ale nie teraz -wymamrotałem.
Nie drążyła tematu. I dobrze... Po jakichś 15 minutach przyjechał samochód. Oboje zajęliśmy miejsca na jego tyłach.
- Fury kazał przekazać, że Loki ma spać dzisiaj u ciebie Rose -powiedział kierowca.
- Co?! Ale... Dlaczego? -wykrzyknęła dziewczyna.
Było się tak ze mnie nie nabijać... Marna ludzka rasa...
- Nie wiem. Kazał przekazać wiadomość.
Była nieźle wkurzona przez całą drogę. W końcu dotarliśmy do jej mieszkania.
- Gdzie mogę spać? -spytałem przerywając panującą pomiędzy nami ciszę.
- Kanapa -wymamrotała.
- Miałaś jakieś plany?
- Nie..ale... -oparła się o blat kuchenny.
- Nie podnieca cię opcja moje nocowania tutaj... - dokończyłem i usiadłem się na kanapę
- Dokładnie...
- Nie martw się możesz spać spokojnie -zapewniłem.
- Jesteś głodny? Coś do picia? -zaproponowała.
- Nie dziękuję... Masz może jakieś męskie ubrania?
- Nie....ale mam za duże dresy. Zły rozmiar mi przysłali. Zaraz ci przyniosę - powiedziała i poszła w głąb mieszkania.
       Po około 30 minutach byłem już po prysznicu. Rose poszła do siebie, a ja siedziałem na kanapie. W mieszkaniu było dosyć ciepło więc spokojnie mogłem spać bez koszulki. Leżałem z zamkniętymi oczami, a w całym domu panowała cisza. Przerwał ją dźwięk tłuczonego naczynia i słaby krzyk Rose. Zerwałem się z kanapy i poszedłem do niej. Zapaliłem światło na podłodze siedziała Rose z zakrwawioną ręką.
- Przyniesiesz mi bandaż...czy coś? - wyszeptała.
- Jasne...a gdzie masz?
- W łazience. Szafka obok lusterka.
Od razu skierowałem się w wyznaczone mi miejsce. Wziąłem wszystkie potrzebne rzeczy i wróciłem do pokoju.  Siedziała w tym samym miejscu. Usiadłem się na przeciwko niej. Wyjąłem jakieś waciki i przyłożyłem do jej ręki. Ona sięgnęła po wodę utlenioną i przemyła nią ranę. Zasyczała cicho z bólu. Wziąłem bandaż i owinąłem jej rękę.
- Co się stało? -spytałem.
Cały czas siedzieliśmy naprzeciw siebie.
- Nic... Idź już... -odpowiedziała spuszczając wzrok.
- Zapytam jeszcze raz... Co się stało?
- Zasnęłam już i... Nagle się obudziłam. Loki ja lewitowałam... Wystraszyłam się i spadłam zahaczając o szklankę -powiedziała cicho, a po jej policzku spłynęła łza.
- Hej... To przez tą moc. Thor wraca za jakieś trzy dni... Wytrzymasz?
- Jasne. Jak coś Stark jest pod ręką -odpowiedziała.
Nie uważałem, żeby dobrym pomyślałem było mieszanie się ludzi w sprawy innych światów, o których nie mają żadnego pojęcia.
- Idź już spać... Posiedzę przy tobie w razie czego -powiedziałem pomagając jej stanąć.
Rose położyła się i mocno przykryła kołdrą. Już po chwili zasnęła. Pozbierałem stłuczone szkoły i wyrzuciłem do kosza. Po powrocie do pokoju usiadłem się na skraju łóżka. W pokoju było już ciemno. Można było dostrzec jedynie mały, przykryty po same uszy, kłębek miarowo oddychający. To było na prawdę dziwne. Pierwszy raz od bardzo dawna chciałem pomóc.